"Samobiczowanie nie pomoże". W KO chcą przeczekać burzę ws. Kłodzka
Od kilku dni Polska żyje aferą z Kłodzka (woj. dolnośląskie). 45-letni Przemysław L. został skazany na 25 lat więzienia za przestępstwa seksualne popełnione na nieletnich dziewczynkach, zoofilię oraz rejestrowanie tych czynów na filmach i zdjęciach. Jego była żona Kamila L., w przeszłości działaczka Platformy Obywatelskiej, została skazana na 6,5 roku pozbawienia wolności za nieudzielenie pomocy małoletniej – swojej córce z poprzedniego związku, będącej ofiarą gwałtu, a także współudział w znęcaniu się nad zwierzętami.
Taktyka KO? Przemilczeć
– Trudno kogoś rozliczać, to sytuacja, która może zdarzyć się każdemu. Każdy może mieć takiego sąsiada, o którym nic nie wie, dopóki w sprawę nie wejdą policja i prokuratura – mówi Wirtualnej Polsce jeden z posłów KO.
Rozmówcy podkreślają, że sprawa dotyczy byłej już działaczki KO i bardzo niskiego szczebla. Policja i prokuratura zadziałały, sprawcy zostali osądzeni, więc trudno mówić o politycznym kontekście afery. – To lokalna kwestia, możliwe, że nagłośniona także z powodu tamtejszych sporów między burmistrzem a KO – zauważa polityk KO.
Pojawiła się informacja, że premier Tusk wyjaśnień. – To raczej na szczeblu lokalnym, a nie na poziomie centralnym, nie od wicemarszałek Moniki Wielichowskiej, trudno do niej mieć pretensje – mówi ważny polityk KO. To Wielichowska wspierała Kamilę L., gdy ta walczyła o funkcję w regionie. – Na pewno ta sprawa jest niewygodna dla Moniki. Nie znosi tego dobrze – dodaje informator.
Rozmówcy WP z partii rządzącej oceniają, że odnoszenie się do tematu i wejście w dyskusję z opozycją, będzie tylko napędzało krytykę. – Każdy mechanizm zajęcia oficjalnego stanowiska to wejście w temat i poniekąd przyznanie się do winy, że coś było nie w porządku po naszej stronie. A tak nie było – zauważa polityk KO. Inny się zgadza. – Tu nie ma przestrzeni do działania, trzeba to po prostu przeżyć, bo samobiczowanie może tylko nagłośnić sprawę i dać amunicję do ręki naszym politycznym przeciwnikom. To naprawdę lokalna sprawa i nie powinna być nagłaśniana także z uwagi na dobro czwórki dzieci. One nadal żyją w tym środowisku – zauważa.